Na świętego Marcina najlepsza gęsina!

W zeszłym roku w Święto Niepodległości obchodziliśmy 100-tne urodziny Niepodległej Polski, toteż dzisiaj nieco bardziej skupiłem się na drugim obliczu tego dnia, bo 11 listopada to nie tylko Dzień Niepodległości, ale także Dzień św. Marcina. Wspominany jest w nim mój patron - Marcin z Tours, dlatego dziś świętuję swoje imieniny.

Kulinarne aspekty tradycji związanej z tym dniem skupiają się wokół gęsiny i rogala. Legendy związane z tymi elementami mają wiele związanego z postacią św. Marcina, ale także częściowo wywodzą się z wcześniejszych pogańskich tradycji i kultu, które później zostały w jakimś stopniu zaadaptowane i wchłonięte przez chrześcijaństwo. Dlatego też do dzisiejszej kawy słodkim dodatkiem był Rogal Świętomarciński, a na talerzu zagościły pieczone nogi z gęsi.

W okolicach święta dało się zauważyć wysyp stoisk i miejsc, gdzie można było się zaopatrzyć w te słodkie Rogale Marcińskie (te certyfikowane i nie tylko). Pojawiły się nawet w marketach, więc na szczęście nie przeszła mi przez głowę głupia myśl, aby spróbować samemu coś takiego upiec, choć jakieś minimalne doświadczenia z wypiekami już mam. Jednak z mięsem nie miałem takiego dylematu, zważywszy, że do tej pory moje boje ograniczały się do kurczaka, wieprzowiny, czy wołowiny.

Na początku myślałem o przyrządzeniu całej gęsi, ale zmieniłem zdanie, gdy zobaczyłem te ptaszysko w sklepie - jego waga oscylowała w przedziale 4-5 kg. Ale natrafiłem na "szłapy" i moje plany podążyły w stronę pieczonych nóg.

Bałem się też problemu z dostępnością tego mięsa, w sklepach i marketach na warszawskich Młocinach nigdy takiego drobiu nie widywałem, więc przygotowywałem się na dłuższą wyprawę i polowanie. Ale przy kolejnych zakupach natrafiłem na pojedyncze porcje gęsiny w lokalnym markecie, więc problem sam się rozwiązał. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się tego, że podobnie jak to było z rogalami, przed samym świętem pojawi się wysyp gęsiny w sklepach.

Myślałem, że przygotowanie gąski do pieczenia nie będzie się zbytnio różniło od sposobów, jakie często stosowałem - czyli marynacie na oleju/oliwie/wodzie z mieszanka różnych przypraw. Ale większość przepisów sugerowała, żeby mięso po osuszeniu tylko natrzeć solą (w tym morską), pieprzem i czosnkiem, z dodatkiem majeranku i tymianku.

Trochę mnie zaskoczyło, że dosyć szybko w czasie pieczenia wytapia się tłuszcz z tych bardziej tłustych fragmentów, który standardowo używany jest do "podlewania" co jakiś czas mięsa w czasie pieczenia. W sumie dawno tego nie praktykowałem, zobaczymy jak wyjdzie ;)

Nogi podpiekłem najpierw w 220-230 stopniach przez 15 minut w otwartym naczyniu żaroodpornym. Regularne pieczenie (pod przykryciem) trwało 2,5 godziny w temperaturze 170-180 stopni (z termo-obiegiem), z podlewaniem mięsa wytopionym tłuszczem co 30 minut. Na koniec przez 15 minut podgrilowałem całość, aby podrumienić mięso i uzyskać chrupiącą skórkę.

No i wyszło dobrze!

Powyższe zapiski zachowam sobie na przyszłość, mogą okazać się pomocne, gdy znów pojawi się jakiś szalony plan z gęsią. Bazowałem na kilku przepisach z sieci, ale najbardziej na wersji podlinkowanej gdzieś wyżej pochodzącej z Kuchni Tomka.

A teraz po takiej uczcie należy trochę odpocząć. Później czeka mnie jeszcze popołudniowy (dziś raczej wieczorny) trening. Bo nawet takie świętowanie nie może przeszkodzić, gdy chce się popracować nad swoja sylwetką ;)

Mimo że świętowanie imienin chyba jest dosyć popularne w Polsce, to jakoś nigdy nie przywiązywałem wagi do tego święta. Wydaje mi się, że jest to związane z tym, że w rodzimych stronach (Śląsk) raczej nie praktykuje się takiego zwyczaju, zdecydowanie ważniejszą okazją są urodziny (gyburstag). Dlatego były to jedne z pierwszych moich obchodzonych imienin i być może zarazem ostatnie. No ale o tym przekonamy się za rok ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *