Trip: Islandia – na styku lawy i lodu

W zeszłym roku kupując jakaś książkę lub prezent, znalazłem u tego samego sprzedającego jeszcze kilka ciekawych przewodników w promocyjnych cenach, więc skusiłem się na jeden z nich, ten o Islandii. Taka nieskażona kraina wulkanów i lodowców, na dalekim odludziu, wydawała mi się ciekawym miejscem wartym odwiedzenia "kiedyś tam" w niedalekiej przyszłości. Nie musiałem jednak długo czekać bo Anna i znajomi podchwycili ten temat i już zaczęli organizować wyprawę na ten rok. Swoją drogą miejsce na drugi wyjazd w tym roku też już od dawna jest "zaklepany".

Początek czerwca nadaje się idealnie na taką wyprawę. Akurat zaczyna się sezon letni trwający do końca sierpnia, kiedy to dni są bardzo długie, jest ciepło, a temperatura i pogoda jak na islandzkie warunki bardzo dobra. Otwierane są również niektóre drogi (F-Road), którymi można dojechać do wielu niedostępnych terenów na wyspie. Z pogodą może być różnie, jest szybko zmienna, ale nam się udało dobrze trafić, bo prócz jednego deszczowego dnia, było dobrze. Temperatura również była letnia, zależnie od miejsca i wysokości, wahała się od 3 do 16 stopni Celsjusza ;)

Nasza 7-mio dniowa wyprawa wokół wyspy skupiona był na największych atrakcjach Islandii. Ale mając własny samochód mogliśmy w dowolnej chwili zboczyć z "Circular Highway L" (drogi numer 1) gdzieś głębiej w serce wyspy i zahaczyć o niesamowite zakątki i pozbawione cywilizacji tereny, ukazujące irlandzką przepiękną przyrodę. Niemniej ciężko zapamiętać wszystkie miejsca, szczególnie, że każde z nich można było opisać jako "niesamowite", dlatego w dalszej części moich zapisków będę głównie skupiał się na tych najważniejszych i najbardziej znanych.

W niektóre tereny niezbędny był samochód terenowy z napędem 4x4. I taki też przez kilka dni mieliśmy do dyspozycji. Niestety jakaś cześć dróg była zamknięta z różnych powodów i nie wszystkie punkty wyprawy dało się osiągnąć. Czasem nawet typowa główna droga wyspy, czyli "jedynka", gubiła nagle asfalt i zmieniała się w utwardzoną szutrową drogę, po której trochę ciężko się podróżowało osobówką... No i prawie wszystkie mosty zwężone są do jednego pasa...

Bardzo rzucały się na początku duże odległości miedzy zamieszkanymi obszarami, dodawało to uroku i swoistej atmosfery całej wyprawie, bo odkrywało to prawdziwe piękno Islandii. A niektóre małe hoteliki czy kwatery zlokalizowane na totalnym odludziu zachęcają szczególnym widokiem z okna i bliskością terenów nieskażonych cywilizacją. W kilku takich miejscach mieliśmy okazję nocować, niezłe klimaty ;)

...

Pierwszą naszą atrakcją, w drodze do Landmannalaugar były pola geotermalne w Hveragerði. Niestety wyprawa ku górzystym rejonom Landmannalaugar nie wypaliła, gdyż wszystkie drogi dojazdowe były zamknięte i trzeba było zawrócić, porzucając tą atrakcję. A ponoć są to najpiękniejszego miejsca na Islandii, z ogromnymi polami geotermalnymi i nie tylko.

Za to w drodze udało nam się zobaczyć inne atrakcje regionu, wielkie wodospady: Þjófafoss, Háifoss i Hjálparfoss. Jak i kilka innych pomniejszych atrakcji... widoki zapierały dech w piersiach, jak na pierwszy dzień fascynacji Islandią przystało ;)

Na największe atrakcje Islandii, czyli Złoty Krąg (Golden Circle) mieliśmy cały jeden dzień i wystarczył by odwiedzić i zobaczyć najważniejsze jego elementy. Wśród nich oczywiście Þingvellir będące historycznym miejscem zgromadzeń średniowiecznego parlamentu islandzkiego Althing. Najsłynniejszy wodospad wyspy, czyli Gullfoss (Złoty Wodospad) oraz gejzery Geysir i Strokkur wraz z wybuchem tego drugiego.

Przemierzając południowe wybrzeże można trafić na wiele wodospadów, chociaż to tyczy się całej Islandii. Za to tylko pod jednym z nich - Seljalandsfoss, można przejść na jego tył, na drugą stronę lustra wody spadającej z 60 metrów. Trzeba tylko uważać, bo przy małym wietrze i bryzie gwarantowany mały darmowy prysznic. Drugim znanym wodospadem w okolicy jest Skógafoss, gdzie woda spada z podobnej wysokości, ale na sam szczyt skarpy można wdrapać się po schodkach. A z góry rozciąga się znakomity widok na okolice.

Mimo, że oba wspomniane wodospady lezą u podnóża wulkanu (Eyjafjallajökull, ten który był problemem dla transportu lotniczego nad Europą w 2010 roku), a z wielu miejsc wyspy, a z oddali podziwialiśmy masywne góry ze szczytami pokrytymi śniegiem, lodowce i wulkany, to nie mieliśmy żadnych sprecyzowanych planów, aby do któregokolwiek się zbliżyć. Ale w drodze nadążyła się okazja do bliskiego spotkania z Sólheimajökull, jęzorem lodowca Mýrdalsjökull.

Cczarna plaża Reynishverfi okrzykiwana jest jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Mieliśmy na nią dobry widok z płaskowyżu Dyrhólaey. Z tego powodu nie widzieliśmy robiących furorę, bazaltowych klifów, w kształcie kolumn rozciągających się na jednym z jej krańców... ale w oddali udało uchwycić się sylwetki trzech skamieniałych trolli (Reynisdrangar)...

Zwieńczeniem dziennej podroży nasyconej atrakcji było jezioro Jökulsárlón. Powstało z wody topniejącego lodowca Vatnajökull i wypełnione jest wielkimi kawałkami lodu i krami. Zimne, surowe, w otoczeniu ciemnych, czarnych kamienistych plaż i lodu, sprawia nieziemskie wrażenie lub chociaż arktyczne. Podziwialiśmy go późnym wieczorem, jestem pewny ze w promieniach słońca prezentuje się jeszcze bardziej zjawiskowo.

Przejazd przez wschodnie fiordy na północ wyspy trafił akurat w częściowo deszczowy dzień, ale poza kilkoma przystankami, większość krajobrazu idealnie dało się podziwiać wprost z samochodu. Udało się nam przejechać przez Hraunhafnartangi, najdalej wysunięty na północ przylądek Islandii. Charakterystycznym punktem jest sześcienna latarnia morska. Od kola podbiegunowego dzieliło nas zaledwie niecałe 3 km.

Kontynuując wyprawę po północnej części wyspy, kolejny dzień zaczęliśmy od odwiedzin Dettifoss-a, najpotężniejszego (i najbardziej zasobnego w energię) wodospadu w Europie, oraz jego bliskich kolegów Selfoss i Hafragilfoss.

A dalszy kierunek to kanion Ásbyrgi i okolice jeziora Mývatn.

Wąwóz Ásbyrgi jest niezwykłym miejscem, otoczone skalnymi ścianami sięgającymi nawet 100 m. Ma ciekawy kształt podkowy, według legendy jest to odcisk kopyta konia Odyna.

Obszar wokół jeziora Mývatn skupia wiele ciekawych atrakcji wartych odwiedzenia. Myśmy zaczęli od fenomenalnego karterku z jeziorkiem Víti i okolicznej elektrowni, wykorzystującej drzemiącą pod ziemia energię wulkanu Krafla.

W okolicach jeziora znajduje się wiele pól geotermalnych. Z tego co pamiętam to nawiedziliśmy Hverarönd (Hverir). Ten obszar gorących źródeł pełny jest dymiących i parujących kopczyków, bulgoczących błotnych oczek, a wszędzie unosi się intensywny zapach siarki, czyli zgniłych jaj. Krajobraz jak z innej planety...

Pole lawy Dimmuborgir, zwane "czarnym miastem" będące pozostałością po jeziorze lawy, pełne jest różnorakich jaskiń i formacji lawowych, ale największą furorą jest jaskinia Kirkjan (Kościół).

Podążając do charakterystycznych dla jeziora Mývatn pseudokraterów warto zatrzymać się na cyplu Höf?i, aby podziwiać malownicze widoki zielonego półwyspu.

Na południowym brzegu jeziora znajduje się skupisko pseudokraterów Skútustaðagígar. Gdyby nie były porośnięte zieleniną to zapewne byłaby tutaj iście księżycowa aura.

Pierwszą atrakcją tego dnia były wodospady, to tak też się dziwnie złożyło, że na jego zakończenie w drodze do Akureyri trafiliśmy na wodospad bogów - Goðafoss.

Miasteczko było tylko przystankiem na sen, aby kolejnego dnia kontynuować naszą podróż po północy, dalej w kierunku zachodnim. Chcieliśmy dotrzeć do końca półwyspu Snæfellsnes, ale źle oszacowaliśmy czas i się ostatecznie nie udało. Musieliśmy zmienić plany, by dotrzeć na czas do noclegu. Co nie znaczy, że nie odkrylismy nowych skarbów Islandii...

Przejeżdżaliśmy przez pole lawy Berserkjahraun oraz obok góry Kirkjufell (niestety z drugiej strony), a w tle co jakiś czas można było dostrzec wulkan Snæfellsjökull pokryty lodowcem. Znaleźliśmy też "Czarny Kościół" otoczony murkiem z lawy - Búðakirkja.

Jedynym z miast jakie choć trochę zwiedziliśmy był Reykjavík. Nie wypadłoby zbliżyć się pod najsłynniejszą budowlę islandzkiej stolicy, którą jest luterańska świątynia Hallgrímskirkja. W kontraście do niepozornych budynków Islandzkiego Parlamentu Alþingishúsið, w centrum śródmieścia nad jeziorkiem Tjörnin leży ratusz miejski Ráðhús Reykjavíkur.

I chyba nic więcej w mieście nie zwróciło naszej większej uwagi. Ale mieliśmy czas, by podążyć na przedmieścia, tereny wokół stolicy i półwyspu Reykjanes...

A tam Błękitna Laguna (Bláa Lónið), wielkie kąpielisko i spa z 40-sto stopniową wodą w zadziwiającym niebieskim kolorze, leżące pośród pól lawy, nieopodal geotermalnej elektrowni Svartsengi. Czy symboliczny Most Leifura Eirikssona, będący kładką nad rozpadliną między płytami kontynentalnymi. I inne ciekawe atrakcje...

...

Na wyspie znajduje się wiele ciekawych i gigantycznych ,masztów antenowych, prócz długo/średniofalowych, jest tez chyba jakieś anteny byłej stacji radionawigacyjnej LORAN. Temat antenowy do rozwinięcia, jak się upewnię w sowich przypuszczeniach i znajdę fotki.

...

Jak wspomniałem dni w okresie letnim są bardzo długie. To prawda, była to pierwsza rzecz jaką zauważyliśmy po przylocie. Do pierwszej kwatery dotarliśmy po północy, a na zewnątrz było widno jakby był późne lub nieco zachmurzone popołudnie lub wieczór. Ponoć tak wyglądają noce w lecie, nie ma ciemności... aby nie marnować dnia można prawie całą dobę coś robić ;)

Całkowicie odwrotnie jest w porze zimowej, jest ciemno, zimno i pełno śniegu. Ale za to można zaobserwować różne ciekawe zjawiska, jak chociażby przepiękną zorzę polarną. Dlatego kiedyś trzeba będzie wybrać się na Islandie w zimie, na jakiś krótki wypad, aby przekonać się na własnej skórze, jak to tak naprawdę z tym jest ;)

Niestety odstraszające mogą być ceny, które nawet dla bogatego zachodu są dosyć wysokie, a co dopiero dla przeciętnych Polaków. Większość cen artykułów spożywczych oscylowała w granicach 4-5 razy większej niż w kraju. Podobnie z innymi wyrobami czy usługami. Mówiąc krótko na wsypie jest drogo. Na szczęście na wyspę można wwieźć 3 kg żarcia na osobę, ale z dosyć restrykcyjnymi zasadami, np. bez możliwości wwiezienia mięsa czy produktów pochodzenia zwierzęcego... ale da się przeżyć, nie trzeba przecież codziennie stołować się w knajpach ;)

Mimo, że wyprawa była bardzo aktywna, w 7 dni zwiedziliśmy całą wyspę, a przynajmniej te najważniejsze miejsca i jej elementy, to jednak nie wszytko co fajne i ciekawe udało się zobaczyć lub nawiedzić. Nie starczyło czasu, a nawet nie było w planach "zdobycie" wyspy Grímsey, która to leży na sławnym 66 równoleżniku (21 czerwca słońce w ogóle tam nie zachodzi). Leży ona częściowo strefie koła podbiegunowego i ponoć każdy odwiedzający może dostać symboliczny certyfikat przekroczenia kręgu polarnego. Z mniejszym tempem podroży można byłoby nieco dłużej pozostać w tych ciekawych rejonach wyspy, odwiedzić więcej fajnych miejsc, czy zapuścić się w dzikie tereny, bez cywilizacji. Może następnym razem...

...

Jako że wszystko na wyspie można opisać jednym słowem jako "niesamowite", ciężko było mi zabrać się za dokończenie tego krótkiego raportu z wyprawy. Zapierające wdech w piersiach widoki i krajobrazy, spotykane na każdym kroku, pozwoliły mi wygenerować około 1500 zdjęć, więc wybranie kilkunastu z nich jest nie lada problemem, dlatego trochę przeciąga się to w czasie.

[Ciągle pracuję nad fotkami, jak tylko ogarnę wszystko to udostępnię cały album. Tylko musze jeszcze wybrać jakiś dobry hosting do nich...]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *